Grać dalej , czy nie grać?! Oto kilka historii ludzi, którzy wpadli w szpony hazardu... Jedni na krócej, drudzy na dłużej, a jeszcze inni na zawsze...

 

Pierwsza historia...

Nazywam się Tomek i mam 37 lat. Przez lata przegrałem i wygrałem masę forsy, i - chociaż bilans mam raczej ujemny - nie zamieniłbym się z nikim na życia.

Wiem, że to może brzmieć śmiesznie, ale jestem przekonany, że urodziłem się hazardzistą. Oczywiście, pewnie nie ma genu, który za to odpowiada, ale skoro można być „urodzonym lekarzem" albo "urodzonym sportowcem", to dlaczego nie można być "urodzonym hazardzistą"?

Od dzieciństwa ciągnęło mnie do kart. Ojciec nauczył mnie grać w karty na wakacjach w Darłówku, gdy miałem 6 lat i już rok później, na następnych wakacjach, byłem maskotką wszystkich urlopowych karciarzy, bo zazwyczaj z nimi wygrywałem. Broń boże, nie w pokera, ale w remika, kierki, trzy-pięć-osiem, makao, durnia i w podobnych grach byłem naprawdę niezły. Wyobrażacie sobie, jak musiałem się czuć - ledwie wystający ponad stół pędrak, nie potrafiący jeszcze czytać i z trudnością liczący do stu, który siedzi z dorosłymi i ogrywa ich jak dzieci? Wtedy po raz pierwszy poczułem, jak to kręci. Do dziś, ilekroć biorę karty do ręki i siadam do stołu, przypomina mi się to fantastyczne uczucie. Nie było, rzecz jasna, mowy o grze na pieniądze (choć raz czy dwa zdarzyło mi się wygrać nieduże stawki) - w puli były zazwyczaj lody, wata cukrowa, kolejka na strzelnicy, ale jeszcze wtedy nie miało to dla mnie większego znaczenia. Liczyła się sama gra i zdziwione spojrzenia moich dorosłych przeciwników przy stole, kiedy kończyłem kolejną partię. 

 

Pierwszy poker

Mimo że minęło 20 lat, tak dobrze pamiętam mojego pierwszego poważniejszego pokera, jakbym właśnie wstał od stołu. Może dlatego, że oskubano mnie niczym zupełnego nowicjusza, a mnie wydawało się przecież, że gram jak - nie przymierzając - sam Stu Unger, pokerowy mistrz wszech czasów.

Rodzice wyjechali na dłuższy urlop, zostawiając mnie samego w domu z bajońską kwotą kilku tysięcy złotych (tych starych tysięcy), za które miałem utrzymać się i wyżywić podczas ich nieobecności. Wieczorem usiadłem do gry z dwoma starszymi o kilka lat kumplami i już o piątej nad ranem byłem uboższy o wspomniane wyżej tysiące i kolekcję 45 winylowych płyt, których wycena, przed trafieniem do puli, odbywała się na gorąco, w miarę postępów mojej klęski.

Kiedy już zostałem sam, długo nie mogłem zasnąć, obracając w głowie wszystkie możliwe kombinacje i układy, analizując rozdanie po rozdaniu i za diabła nie mogąc pojąć, jak to się mogło stać. Zrobiłem też mocne postanowienie, którego trzymam się bezwzględnie siadając do kart: zawsze ustalaj kwotę, z którą siadasz do gry, i nigdy jej nie przekraczaj.

Bez względu jednak na sromotną porażkę wiedziałem już, że ta mieszanka euforii, podekscytowania i napięcia związanych z grą będzie moim ulubionym koktajlem. Od tamtego czasu rozegrałem na pewno kilka tysięcy partii i dalej mnie to rajcuje. Jasne że lepiej odchodzić od stołu z żetonami w kieszeni, ale, wierzcie lub nie, dawka adrenaliny jest podobna bez względu na to, czy wygrywasz, czy przegrywasz. Gra jest najważniejsza.

 

Pierwsza ruletka

To, że prędzej czy później trafię do kasyna, było dla mnie jasne jak słońce. Także i to, że będę się tam czuł jak ryba w wodzie. Wymieniłem 100 złotych i przegrałem je w pół godziny. Wymieniłem kolejne sto i znowu przegrałem. Postanowiłem nie przekraczać pięciu stów, aby pierwsza lekcja nie była zbyt kosztowna. Dokupiłem za resztę żetonów i w 3 godziny później siedziałem przed stosikiem wartym 6 tysięcy. Całkiem nieźle jak na debiut, prawda? Koniec końców, zamknąłem wieczór z połową tej kwoty i z przekonaniem, że będę tutaj częstym gościem.

Faktycznie - spędziłem w przeróżnych kasynach prawie 3 lata. Nie pytajcie o efekty finansowe, bo takie zjawisko jak hazardzista, który cały czas wygrywa, po prostu nie istnieje. Jeżeli ktoś wygrywa zawsze, to jedynie kasyno, bo właśnie w tym celu, aby wygrywać, zostało wymyślone. Faceci z Pricewaterhouse Coopers, największej firmy doradztwa finansowego, oceniają, że w 2009 roku łączny obrót wszystkich kasyn na świecie przekroczy 100 miliardów dolarów.

W tej kwocie będzie też liczona na pewno moja kasa, którą utopiłem na ruletce, bo bujdą jest, że istnieją jakieś magiczne systemy, które pozwalają wygrywać. Po prostu masz jedną szansę na 37, że kulka zatrzyma się na liczbie, którą obstawiłeś. To, oczywiście, i tak lepiej niż typowanie w Lotto, gdzie prawdopodobieństwo szóstki wynosi 1:13 983 816, ale zasada pozostaje podobna. Nie masz kompletnie wpływu na wynik i musisz zdać się na los. Wolę pokera, gdzie musisz sam pogłówkować, aby wygrać

 

Pierwsze refleksje

Nigdy nie miałem specjalnych wyrzutów sumienia, że jestem hazardzistą czy utracjuszem, chociaż trochę żałuję forsy wpakowanej w ruletę. Nie przegrywam pieniędzy, które podkradałbym moim klientom, dzieci nie mam - gram za swoje i nie widzę powodu, aby się z tego komuś tłumaczyć. Tym bardziej że nie mam komu. Moja firma dobrze prosperuje, dorabiam sobie dosyć regularnie graniem na giełdzie, no i czasem jednak wygrywam w karty.

Gdybym miał robić jakieś podsumowanie czy przyznawać się do czegoś, to owszem, przyznaję: jestem uzależniony. Ale nie od wizji wielkich i łatwych pieniędzy, które zarobię, rozbijając bank kasyna w Las Vegas, ale bardziej od atmosfery samej gry i niepewności jej przebiegu. To prawdziwa magia, którą trudno zrozumieć komuś, kto jej nie doświadczył. Oprócz wielu zarwanych nocy, które można by teoretycznie zapisać po stronie strat zdrowotnych (chociaż dla seksu człowiek też zarywa noce i jakoś nikt nie nazywa tego stratą), mam przekonanie, że poker nauczył mnie kilku pożytecznych rzeczy. Przede wszystkim dyscypliny i panowania nad swoimi emocjami, bo to podstawa w tej grze. Nigdy nie rozumiałem tych zdesperowanych nieszczęśników, którzy zastawiają domy i samochody, byle nie wypaść z gry. Dalej - nauczyłem się analitycznego myślenia i wyciągania wniosków; bez tego też nie ma pokera. Na koniec wreszcie - przewidywania ruchów przeciwnika i, co się będziemy czarować, oszukiwania go, że mamy silniejszą lub słabszą kartę, niż on w danej chwili sądzi. Jednym słowem, umiejętności, bez których trudno wyobrazić sobie nie tylko pokera, ale i samo życie.

 

 

Pierwsza porażka

Moje życie osobiste? Przez te lata miałem wiele kobiet, ale zazwyczaj były to krótkotrwałe romanse. Nic poważnego. Kiedyś spotkałem jednak kobietę, która zrobiła na mnie wrażenie. Piękna, inteligentna, samodzielna, zabawna. Przez dłuższy czas myślałem, że to jest to. Nawet byłem gotowy się żenić. Rozmawialiśmy też o dzieciach. Na początek kupiliśmy sobie psa. Rzadziej grałem, bo ona była temu przeciwna.

Wytrzymałem tak mniej więcej rok. A po roku zaczęło się psuć. Ona lubiła spokój, a mnie nosiło. Nudziło mnie siedzenie z nią w domu. Nudziły mnie niedzielne wycieczki do lasu czy codzienne spacery z pieskiem w parku. Nudziło mnie chodzenie do kina czy teatru. Seks przestawał już być taki kręcący jak dawniej, a ja nie potrafiłem się przestawić na zwyczajne bycie ze sobą. Nawet sam wywoływałem awantury. Sprzeczałem się o wszystko, nie żeby to były dla mnie jakieś strasznie istotne sprawy, ale po prostu, żeby coś się działo. Toczyliśmy ze sobą rozmaite gry, które oczywiście musiałem wygrywać.

W końcu po jakiejś awanturze odeszła, mówiąc mi na pożegnanie, że tę partię przegrałem z kretesem. A ja poczułem oprócz smutku - ulgę. Nie musiałem już się nikim przejmować, nikim opiekować, z nikim liczyć. Tęskniłem za nią, ale z drugiej strony wiem, że na dłuższą metę nie można udawać kogoś, kim się nie jest. Wróciłem do pokera, czyli na swoje znajome terytorium.

 

 

Pierwszy bilans

Odnoszę sukcesy w pracy i w dużej mierze uważam, że dzieje się tak dzięki umiejętnościom wyniesionym z gry. Uważam, że znam się na ludziach i potrafię ich błyskawicznie rozgryźć. Widzę ich słabości i mocne strony. Z kolei wiem, że sam jestem trudny do przejrzenia. Trudno mnie wyprowadzić z równowagi i nie daję się nabrać na plewy. Potrafię być znakomitym negocjatorem i z reguły uzyskuję to, co sobie zaplanowałem. Nieźle zarabiam. Niemniej zdaję sobie sprawę, że mojego życia nie można stawiać za wzór.

Stałem się hazardzistą na własne życzenie, nikogo nie obwiniam. Takiego dokonałem wyboru i ponoszę wszelkie tego konsekwencje. Boję się tylko, że w którymś momencie mogę się poczuć samotny. Moje życie zdominowała gra i nie ma tam wiele miejsca na cokolwiek innego. Jasne, spotykam się z kobietami, ale właściwie chodzi tylko o seks. Staram się, żeby sprawa była jasna i nie ukrywam przed nimi, że jestem graczem. Zresztą, która kobieta chciałaby założyć dom z hazardzistą. To ryzykowny interes. A ja sam nie wiem, czy jeszcze byłbym w stanie zaangażować się emocjonalnie.

To jest właśnie ta ciemna strona hazardu, o której mówię niechętnie i która z biegiem lat coraz bardziej do mnie dociera. Uzależnienie najbardziej niszczy relacje z innymi ludźmi. Do rodziców czy rodzeństwa dzwonię raz na miesiąc albo rzadziej, już dawno przestaliśmy sobie być potrzebni. Nie mam przyjaciół. Ludzie, z którymi się stykam, to albo partnerzy w interesach, albo gracze - hazardziści. To nie są miejsca na zawiązywanie przyjaźni. Nie potrafię być z kimś dla samej przyjemności kontaktu.

Często czuję się w towarzystwie jak przybysz z innej planety. Szkoda mi czasu na imprezy czy spotkania, na których się po prostu rozmawia, grilluje i pije piwo. Nudzą mnie. Nawet nie bardzo wiem, o czym miałbym rozmawiać z nimi. W ogóle większość rzeczy, którymi zajmują się tzw. normalni ludzie, wydaje mi się nieciekawa i mało podniecająca. Ja potrzebuję właśnie takiego kopa, jakiego daje gra. Ryzyka, adrenaliny. Wtedy czuję, że żyję. Ale coraz częściej podejrzewam, że omija mnie coś ważnego.

 

 

Druga historia...

 

           Jestem Janek.  Obecnie mam 35 lat. Jeszcze dwa lata temu byłem nałogowym hazardzistą. Po studiach przez kilka lat pracowałem jako przedstawiciel handlowy firmy z branży cukierniczej. Jeździłem po całym Pomorzu. Miałem dużo wolnego czasu, więc gdy już wszystko załatwiłem w danym dniu, lubiłem się odprężyć. Szedłem do kina lub na dobry obiad. I właśnie w jednej z knajp podpatrzyłem, jak dzieciaki grają w jednorękiego bandytę. Wrzuciłem do maszyny kilka złotówek, a ona po 15 minutach wypluła blisko 200 zł. Poczułem przypływ niesamowitej adrenaliny. Odtąd prawie codziennie stawałem przed automatem. To była przyjemność, ale i rodzaj przymusu, bo kiedy przegrywałem, mówiłem sobie, że następnego dnia na pewno się odegram.

          Problem w tym, że przegrywałem coraz więcej, a los bywał łaskawy rzadko. - Gdy wygrywałem kilka złotych, mówiłem sobie, że to początek dobrej passy i że trzeba grać dalej - zwierza się. Wrzucałem więc w automaty kolejne pieniądze, a na dodatek piłem sporo alkoholu. Pewnego dnia, gdy wracałem do domu, byłem tak rozkojarzony, że omal nie przejechałem człowieka. To mnie jednak niczego nie nauczyło. Przeciwnie, wkrótce odkryłem kasyno i postanowiłem zagrać ostrzej. Zlikwidowałem więc lokatę i… wszystko przegrałem w kasynie. Postanowiłem się odegrać. Zlikwidowałem drugą lokatę. W sumie w ten sposób przepuściłem  ponad 25 tys. złotych.

           Przełom nastąpił, gdy wyjąłem swojej dziewczynie z torebki pieniądze, które wybrała z banku, by wykupić wycieczkę. Mieliśmy pojechać wspólnie na wakacje. To tylko ty mogłeś ukraść! Nikomu innemu nie powiedziałam, że byłam w banku! - wykrzyczała mi w twarz, gdy odkryła brak gotówki. Oddałem jej tylko 500 zł, bo resztę już straciłem w kasynie. Wtedy coś we mnie pękło. Popłakałem się przed nią. Było mi wstyd, a jednocześnie wiedziałem, że jeśli się nie zmienię, stracę ją. Długo rozmawialiśmy. Opowiedziałem jej wszystko o moim uzależnieniu. Nie odeszła, ale postanowiła, że muszę zmienić moje życie. Dlatego zrezygnowałem z intratnej posady przedstawiciela handlowego. Znalazłem sobie zajęcie z uregulowanymi godzinami pracy. Po roku awansowałem na kierownicze stanowisko. Teraz unikam wszelkich hazardowych pokus. Nawet nie gram w gry komputerowe, w których trzeba obstawiać wirtualne pieniądze, bo boję się, że to może się źle skończyć. Obawiam się, że z hazardem jest jak z pociągiem do alkoholu.

 

 

 


 

Kolejna historia będzie opowieścią mojego przyjaciela i będzie pisana na bieżąco...

 

 

 

         

Postanowiłem opisać własną historię ku przestrodze innym, zwłaszcza „początkującym”.

Jak to się wszystko zaczęło? Bardzo niewinnie…

 

 

Początek…

 

Było to 13 lat temu. Jestem kibicem pewnego III-ligowego klubu piłkarskiego od zawsze. W tamtych czasach bardzo często jeździliśmy wraz z moim przyjacielem

i naszymi żonami, za swoim zespołem, przy okazji spędzając miłe , ciekawe, połączone z turystyką, weekendy. Był marzec 2004 roku. Jak to często bywało

wybraliśmy się samochodem we czwórkę na mecz. Tym razem do Przemyśla. Był sobotni poranek. Po jakiejś godzinie jazdy zatrzymaliśmy się w małej knajpce

na śniadanie i kawę. Jedząc śniadanie zauważyłem w rogu sali… maszynę do gry tzw. jednorękiego bandytę. Wtedy jeszcze nie miałem zielonego pojęcia na

czym polega gra poza tym ze się wrzuca monetę i kręcą się bębny. Podszedłem wrzuciłem 2 złote. Gra trwała 2 minuty. Wygrałem 15 złotych i zadowolony

(wszyscy się śmiali) kupiłem 4 kawy.

 

 

Etap drugi…

 

Minęło kilka miesięcy. Byłem, jestem i będę kibicem… zwłaszcza reprezentacji Polski zwłaszcza jeżeli chodzi o gry zespołowe.

W mieście otworzono pierwszą siedzibę bukmachera. Udaliśmy się tam wraz z kolegą zobaczyć jak to wygląda i spodobało mi się. Miałem dosyć dużą wiedzę na

temat gier zespołowych zwłaszcza piłki nożnej i efekty były naprawdę zachęcające.

Pracowałem w obecnym czasie jako urzędnik państwowy oraz dodatkowo prowadziłem działalność gospodarczą. Moje dochody miesięczne wynosiły mniej

więcej od 3500 do 5000 złotych. Ponadto tak już wspomniałem zacząłem wygrywać niezłe pieniądze nie ryzykując zbyt wiele.

I wtedy stało się…